czwartek, 29 sierpnia 2013

znaki

Z końcem świata rozprawił się Miłosz już jakiś czas temu
Z tym poglądem z efektem specjalnym, że gromy z nieba spadną, a ogień z wody wytryśnie.
Albo że Ziemia zamarznie czy tam spłonie - w sumie co za różnica oprócz temperatur
No, ale sory - raczej event będzie skromniejszy
Świń latać nie nauczą
Ziemi nie wysadzą
Słońca nie spadną
Co najwyżej autobus spóźnią trochę, aby zwrócić czyjąś uwagę

Ale to nie koniec złych wieści.
Bo imprezie z okazji spełnianych marzeń też budżet przycięli.

Więc zapomnieć możemy o spektakularnym przełomie czy jakimś zwrocie akcji w 3D
Zero fanfar, reflektorów
Ponoć szczędzą nawet na oklaskach z offu
Od teraz marzenia spełniać się mają przeciętnie
Jak to mówią - na co dzień i pośród mycia zębów
Bez hasła, że to już i że właśnie zaczyna być fantastycznie
Bez wielkiego halo czy wyraźnych poleceń, aby już się cieszyć

Tylko jednego nie przewidzieli producenci - że człowiek raczej trudno się orientuje
Jak świnia nie poleci czy drzewo nie zaśpiewa - końca świata nie dojrzy
Tak samo i nie uwierzy, że marzenia mu się spełniają
Bo on przecież gdzieś rozkraczony w codziennych portkach między pracą zbyt nudną a praniem niewyjętym
A mówili mu tyle razy, że to zupełnie inaczej się odbędzie.

I tak przepadają spełnienia marzeń niezauważone
Jak i bez znaków szczególnych znaki, że nadchodzi koniec.








piątek, 9 sierpnia 2013

dwa

Bo chodzi o to...
Że są takie rzeczy, które uwielbiam robić.
Po których skacze mi poziom endorfin i klatka piersiowa uśpiona codziennym bujaniem tramwaju.
To właśnie te momenty, o których Coelho napisałby, że są "iskierką w oku rozjaśniającą mroki świata"... albo coś jeszcze bardziej głębszego w sensie.
Tylko, panie doktorze, ja tych rzeczy prawie w ogóle nie robię.
Chcę, ale nie mogę.
Oczami wyobraźni widzę, jak mi będzie po nich dobrze... i nie robię dalej.
Więc biorę z kuchni największy tasak, żeby mniej bolało.
Jeb się na pół kroję i rodzielam role.
Ty, mówię do siebie, będziesz śmierdzącym leniem, któremu się tyłka nie chce ruszyć nawet po czekoladę.
Ty, mówię do siebie_1, będziesz coachem marzycielem motywatorem.
W gong walę i walkę sobie organizuję.
Ja vs Ja
Tu, panie doktorze, rękę sobie zwichnąłem.

- Proszę bandaż tydzień ponosić i przejdzie.








środa, 7 sierpnia 2013

Czytanie jest za trudne



To musiało nareszcie zostać powiedziane.
Wpajane nam (najczęściej wbrew wyraźnym sprzeciwom) od najmłodszych lat; wspierane autorytetem coraz to innych specjalistów; z uporem lansowane jako wyznacznik inteligencji…

Tak, wiele zrobiono, by czytanie przestało być sobą.

By wydało się przyjemne, modne i potrzebne. By było czymś więcej niż odczytywaniem ‘mąki’ na mące, ’szamponu’ na szamponie, rozumieniem rozkładu jazdy i programu telewizyjnego?

I właściwie dlaczego czytanie długich tekstów jest czytaniem, a czytanie smsów już nie?

A czy ktoś mówi o skutkach ubocznych czytania?

Problemy ze wzrokiem,  przymus noszenia okularów, sprzyjanie postawom aspołecznym, zbytnie rozbudzanie wyobraźni –  to tylko pierwsze z brzegu.

Poza tym to czysta strata czasu.

40 sekund.

Tyle czytałeś ten tekst.

Jezu, ile wspaniałych rzeczy mogłeś zrobić w tym czasie…

wtorek, 25 czerwca 2013

and the winner is....

W 156792863533309753930. edycji konkursu "kto dojebie mi najbardziej" wygrywa....m
JA!
To już 156792863533309753930. zwyciestwo!!!
Gratulujemy.
Kolejne rozstrzygnięcie już jutro.

Stay with us!












niedziela, 16 czerwca 2013

kurs

Za wszystkie pieniądze (czyli za te, które nie idą na bułki i bilet miesięczny) idę na kurs cieszenia.
Będą mnie uczyć, jak jeść czekoladę w oparach pełnej radości i doznawania smaku orzechów laskowych.
Jak skakać ze szczęścia w obliczu zdarzeń, na które tak czekałam z tą podłą autoironią przewidującą niepowodzenia.
Jak się dziwić szeroko, że jednak wyszło i się udało cudem.
Powiedzą mi, jak ręce w górę wyrzucać i jakie wydawać okrzyki zadowolenia na widok osób mi najdroższych.
Wyłożą budowę słynnej chwili i pokażą, jak ją łapać, z której strony i czy ręką, czy od razu zębami.
A na wykładach z uroków życia wypiszą listę chwil i momentów, w których należy się cieszyć, abym już nigdy nie zignorowała ich swoim dorosłym znudzeniem.


A twórca kursu trafi na listę najbogatszych i będzie mówił o życiu w programach śniadaniowych.
I w końcu nawet ministerstwo edukacji zreflektowane, dopisze do ustawy przedmiot z cieszenia.
By ludzie, co właśnie zdobyli to, czego tak bardzo pragnęli w dnie i noce, wiedzieli, jak się zachować.









wtorek, 21 maja 2013

Sprostowanie

Rzecz jest prosta.
Tak bardzo prosta, że ludzie bez przerwy ją komplikują.
Uwierzyć nie mogą, że taka rzecz, a tak prosta? Być nie może.

Przecież Szansa to nie byle słowo i swój ciężar gatunkowy ma.
Każdy to czuje: ten potencjał zmian na lepsze, powiew nowości i spełnienie niespełnionych.
Każdy chce ją mieć.
Ale choć Szansa ma powodzenie, brania prawie wcale.
I historia wciąż ją wystawia:

Człowiek średniego powabu chodnikiem życie przechodzi.
Do pracy, do której jest za dobry i zbytnio utalentowany; z tą myślą nieznośną i słodką tak samo, że gdyby tylko Szansę miał - to by było jak w Madrycie.
Więc tak chodząc bez przekonania nazbyt już długo - jak nie wpadnie nosem wprost Szansie w dekolt. Jak się Szansa w nim nie zadłuży. Jak nie uczepi się jego niemodnej koszuli. I chce się oddać, i być brana. Tu. Teraz. Choćby miało być niewygodnie.
Aleeee
Człowiek perfekcjonista - nie tak miał zaplanowane.
Wcale nie miało być na chodniku i bez poduszek. O świecach nie wspominając.
Więc przeprasza na chwilę Szansę rozpaloną, do IKEI po akcesoria leci.
Po drodze wszystko układa, cały ten swój Madryt już widzi. Więc policzki już czerwone, guzik koszuli odpięty - na Szansę jest gotowy...

Z litości lepiej nie kończyć tej historii.
Nie widzieć Człowieka niedoli, gdy z poduszkami pod pachą na pusty chodnik wbiega.
Szansę uwieszoną na innym zastaje - ten też ją na chwilę porzuci. To już inna sprawa.

A morał tej bajki jest wciąż nam nieznany.
Że jak człowieka naprawdę przyciśnie, to da radę bez poduszek.










piątek, 3 maja 2013

przyjemność

Podporządkowanie życia przyjemności w sytuacji, gdy nic prócz życia się nie ma - wydaje się jedyną słuszną opcją.
Więc robi się wszystko, a czasami także nic, z tą jedną myślą przewodnią: by było miło, by był uśmiech i uczucie, że jest fajne.
Przyjemności dostają bowiem zadanie bojowe.
Mają nas samych przekonać, że życie, które jako twór przeraża swoją okrutną beznadzieją i banałem, jednak, mimo wszystko i 'tak naprawdę' jest piękne i 'tego wszystkiego' warte.

I nic tak nie przeraża, jak ta możliwość, że kiedyś przestanie nas stać na przyjemności.
Że będzie tylko na życie.
A co najwyżej - na przyjemności o wiele trudniejsze w odbiorze. 
Na chleb, a nie bułkę z nutellą.
Na piwo na kanapie, a nie drinki nad oceanem.
Na serial w tv, a nie własne perypetie towarzyskie.
Bo przyjemności, choć bywają darmowe jak ciepłe wieczory, wymagają tego luzu i spokoju niemartwienia się o pieniądze. O życie w wersji podstawowej, na której to bazując dopiero można rozmawiać o bardziej wypasionych dodatkach.

I gdyby przyjemność była racjonalna, można by ją odkładać na później.
Oszczędzać, by nutelli nigdy nie zabrakło.
Ale gdy ma się tylko życie, którego nigdy do końca nie ma się na pewno, oszczędzanie nie wchodzi w grę.

To strasznie niepoważne opierać życie na przyjemności.
To strasznie głupie opierać życie na czymś poważnym.